Haute Route - z Chamonix do Zermatt na 3000m
Haute Route - alpejski klasyk narciarstwa wysokogórskiego - to szlak łączący Chamonix z Zermatt. 120km przez liczne przełęcze, płaskowyże i lodowce na wysokości 3000m npm. Najczęściej liczy się sześć dni na pokonanie trasy - codziennie wypada około 1300m podejścia i w podobnych granicach zjazdu, by dotrzeć do kolejnego zawieszonego na skałach schroniska.
Znanych jest kilka wariantów Haute Route. Jeden z nich zakłada zdobycie Mt Blanc w pierwszych dniach wyprawy, po czym udanie się dalej szlakiem w kierunku Matterhorna. Większość jednak służy ominięciu najbardziej wymagających technicznie miejsc na trasie Klasycznego Haute Route.
Pierwsza sobota marca 2009. Wraz z Piotrkiem Orlikowskim i Jędrkiem Maraskiem wsiadamy do pociągu Mont Blanc Express w Martigny. Tu pozostawiamy czerwonego busa, by po niego wrócić po zakończeniu wyprawy. Pociąg relacji Martigny-Chamonix wspinając się z lekkością na strome zbocza głębokich wąwozów i coraz to przecinając
ledwo widoczne spod zasp wioski okazuje się idealnym rozpoczęciem naszego wypadu.
Po dotarciu do Chamonix ogarniamy przede wszystkim najważniejszą kwestię -
zaopatrujemy się w najbardziej szczegółowe mapy trasy, jakie możemy
dostać. Zakupujemy te, na których zaznaczono nawet pojedyncze kamienie.
I ruszamy w poszukiwaniu noclegowni. Przemierzając z jednej strony Cham
na drugą w poszukiwaniu wolnych łóżek zaczynam dotkliwie odczuwać
dźwigany na plecach bagaż - "mówiłem Ci, żebyś zostawił statyw" - mówi
Jędrek. Ale to nie statyw, tylko cała reszta!
W hostelu Jędrek - nasz nieoficjalny przewodnik - uczy nas paru chwytów.
"To na wypadek, gdyby zaatakowała nas szczelina". A tych na drodze mamy mijać bez liku. I tak zagryzając kabanosami uczymy się unieruchamiania wyblinkami półek i krzeseł. Wturuje nam nawiedzona francuska pisarka mieszkająca w tym samym pokoju co chłopaki, która w pełnej twórczej furii wystukuje rytm swej nowej książki. Jędrek następnego dnia opowiadał, że miast snu całą noc jawiła mu się fabuła nowego żabiego bestselera.
Sam już teraz nie wiem, czy to szczęście, że rozlokowano mnie do innego
pokoju. Za współlokatorów miałem zagorzałych pewnie freeriderów.
Pewnie, bom w akcji ich nie widział, ale roztaczająca się po pokoju woń
nawarstwionego tygodniami ciężkiej pracy w puchu potu skutecznie
walczyła z moim zmęczeniem. A w środku nocy hostel przeżył poimprezową
inwazję aliantów brytyjskich. Tych z resztą najwięcej w Chamonix. Ich
zachowanie nie różni się znacząco od tego, za które tak popularni są w
Krakowie.
Nadchodzi uragniony dzień. Zaczynamy!
Właścicielka hostelu wysyła nas na przestanek busowy twierdząc, że z
niego najszybciej dostaniemy się z Chamonix do Argentiere. Bus ma być o
7.55. 8.40 - a my od godziny stojąc po tej samej stronie tej samej
ulicy podziwiamy, jak pionowe ściany otaczających Cham gór jaśnieją na
widok słońca. Tylko my już powinniśmy być na szczycie jednej z nich! W
końcu dojeżdżamy do gondolki wywożącej jednorazowo 1000 osób na Les
Grand Montets - 3300m, skąd cały widać świat
i okolice, a przy okazji i Mt Blanc. Les Grant Montets to góra raj dla freeriderów. 2000m różnicy wzniesień i bezkres beztras.
Stąd zaczyna
się nasza tura. A przed nami pierwsze nasze wyzwanie
- przełęcz Col du Chardonnet, 3325m.
Zdobywanie przełęczy zaczynamy z lodowca Argentiere na wysokości 2400m. Tu też krępujemy się wszelkimi szpejami
i ruszamy.
Na ścianie widzimy, jak w górę posuwa się sznureczek dwudziestu paru osób. Z jednej strony dobrze, torują nam drogę. Z drugiej
strach, że w schronisku miejsca nie będzie.
Dużo świeżego śniegu. Lawinowo. Jędrek nakazuje iść w znacznych odstępach
i po paru godzinach mamy pierwsze 800m podejścia Haute Route za sobą. Po drodze wyprzedzamy grupkę, w której jest kobieta. Na przełęczy dmie jak wściekli. A po drugiej stronie, ku memu chwilowemu przerażeniu, nie zaczyna się pełny puchu stoczek, ale
stromy żleb, z którego musimy zjechać na linie. Sęk w tym, że lina ma
15 metrów, a żleb 50. No to koniec wyprawy, se myslę. Ale chłopaki bez
zająknięcia pakują się w żleb. Jędrek asekuruje, pierwszy schodzi
Piotrek. Koniec liny. Odpina się i dalej idzie o własnych siłach.
Matulu! se myślę i wpinam się w linę. No nic, jak skończy się lina,
zacznę się martwić. "Koniec liny!" krzyczy z góry Jędrek. A z dołu
Piotrek: "Weź dziabe, wbij po rękojeść i tak trzymając schodź po
schodkach, które już zrobiłem!" Dziabę? A, czekan! Ale że co? Wbić po
rękojeść, a za co trzymać?? A wbijając młotka, ten wypada ze śniegu w
sekundę! Co za beznadziejne narzędzie! Z przerażeniem szukam pomocy -
podpatruję, jak se Piotrek radzi. Trzyma czekan za młotek! I wbija
rękojeść! Próbuję. Albercik, to działa! I powoli schodzę w dół.
Rękojeść, rak, rak. Rak, rękojeść, rak. Rak, rak i tak dalej. I już
jestem coraz niżej, gdy z góry lecą kawały śniegu. To wyprzedzona
grupka pakuje się już w żleb. Czy oni zwariowali, se myśle, zaraz
zrzucą mi kamień na niechroniony łeb!
Ufff... udało się. Zszedłem na w miarę poziomy
grunt. Wpinam co prędzej narty, bo tylko na nich czuję się bezpiecznie.
I już wkrótce ciśniemy przez płaskowyż
w kierunku kolejnej przełęczy - Fenetre du Saleina. (Wieczorem w
schronisku dowiadujemy się, że na Lodowcu Saleina, parę kilometrów od
miejsca w którym robione było powyższe zdjęcie, w kierunku na nim
widocznym, skiturowiec wszedł na most śnieżny, który się pod nim
zapadł...)
Przełęcz Fenetre du Saleina, mimo niewielkich
gabarytów - raptem ze 100m przewyższenia - okazuje się dla mnie
największym tego dnia wyzwaniem. Jej strome ściany wprost
uniemożliwiają mi obracanie się na nartach przy trawersowaniu. Przy
jednym z obrotów tak mi się plątają moje szerokie i długie dechy, że
mało nie lecę w dół. Na szczęście za mną idzie Piotrek, który pomaga mi
się rozplątać. Ściągam narty i z buta na górę. Dochodzę ledwo żyw. I na
własnej skórze doświadczam, dlaczego narty skiturowe w porównaniu do
freeridowych, wyglądają jak zapałki.
Uff.. już dość, na dziś już dość, proszę.
"Przed nami już tylko Płaskowyż Trient
a tam po jego drugiej stronie widać już schronisko!" mówi Jędrek.
"Najwyższa pora, bo słońce coraz niżej. Ale to już po płaskim, to bez
problemu!"
"Dziwne, bo wszystkie dzisiejsze ślady
skręcają całkiem w inną stronę. Żaden nie wiedzie przez Płaskowyż" -
dziwi się Piotrek. Ale kierujemy szpice nart w stronę schroniska i...
okazuje się to najbardziej wyczerpującym płaskim, jakie dane mi
pokonywać w życiu. A ostatnie 250 metrów podejścia do schroniska
robimy z Piotrkiem na czworakach. Jędrek, wciąż nówka, biegnie do góry zamówić piwo.
"W schronisku nie ma nikogo!" przekrzykuje wichurę Jędrek.
Jak to?
Faktycznie. W schronisku wita nas
ściana zmarzniętych papci.
"Dobrze, że przynajmniej drzwi otwarte!"
Czołówki na łeb - trzeba ogarnąć sytuację.
I każdy rusza w swoją stronę. Jędrek znajduje
drewutnię, więc zabiera się za rąbanie na bardzo cienkie sztabki drewna, żeby rozgrzać lodowate wnętrza.
Piotrek w tym czasie znajduje szafkę, w której zachowała się kupa różnego jedzenia - makarony, zupki, herbata. "Mamy jeszcze kabanosy
więc zaraz coś ugotujemy!" stwierdza ochoczo Piotrek. I zabiera się do gotowania.
Sam udaję się w poszukiwaniu ustępnego miejsca. Okazuje się, że jest zaryglowane, bo schronisko nieczynne. Na dworzu lodowata wichura... Ale nie ma wyboru. Kolejne wyzwanie. Chyba najtrudniejsze.
Zapada zmrok. Wichura przybiera. Na niebie
coraz bardziej posępne chmury.
Wygłodniali zabieramy się za spożywanie piotrkowych wynalazków, gdy naraz drzwi schroniska otwierają się, wpada wiatr, a za nim grupka narciarzy. Ta ze żlebu.
"Późno się zrobiło. Nie dalibyśmy dziś już rady wrócić do Argentiere. Postanowiliśmy przenocować w schronisku. Możemy?" pyta nas przewodnik tamtej grupy. I dodaje: "Czy wy zajmujecie się schroniskiem? Nie macie jeszcze klientów?"
W sumie wypadło, że na jedną noc założyliśmy polską enklawę w szwajcarskich górach.
Zapraszamy naszych nowych współlokatorów do izdebki, którą Piotrek już zdąrzył trochę rozgrzać, i dzielimy się z nimi ugotowanym jedzeniem. Smażone kabanosy budzą w nich mieszane uczucia. Po kolacji
omawiamy kwestię następnego dnia. Ichni przewodnik szedł już tą trasą, ale w lecie i przy pełnym słońcu. A na jutrzejszy dzień zapowiedziane jest kompletne załamanie pogody - dowiadujemy się tego z urywającego się wręcz schroniskowego telefonu. Dzwonią w różnej sprawie: czy schronisko otwarte, czy ta grupka Szwajcarów cała, jaka pogoda, jaka widoczność, czy Haute Route już otwarta, czy dużo ludzi itp itd. Przez ten jeden wieczór w opuszczonym schronisku zawrzało. Stało się ono centralnym punktem Haute Route.
Zawrzało też z innego powodu.
Czas na sen. Piotrek: "Trza nahajcować w piecu tak, by jak najdłużej pociągnęło w noc. Nikt z nas przecież nie wstanie w środku nocy, żeby dołożyć drewna." Po czym rozpala kominek do czerwoności. "O czwartej rano i tak tu będzie na minusie" stwierdza. Jakoże pierwsi przyszliśmy w schronisku, zajęliśmy już wcześniej wyższe posłania na piętrowych łóżkach. Szwajcarzy kładą się na tych na podłodze nakrywając się dwiema kołdrami. I tak słychać szczękanie zębami. My włazimy na górne. I powoli zaczynamy się topić. Pod sufitem żar. Na wysokości naszych łóżek z 70stopni. Dodatkowo na piecyku stoi wielki gar gotującej się wody. Pot się strugami leje. Piotrek: "To chwilowe, zaraz przejdzie".
Ale ta chwila nie chce minąć. Nie wytrzymuję i schodzę zalec na ławce. Chłopaki twardzi. Ale tylko 5 minut. W końcu nie wytrzymujemy nawet w tej izdebce. "Wietrzyć nie wypada, bo im na podłodze zimno". I tak pół nocy spędzamy na korytarzu słaniając się ze śmiechu. Pewnych rzeczy nie da się opowiedzieć.
Następnego dnia prognoza pogody się sprawdza. Wichura nie ustępuje, nie widać na 50 metrów. Czekamy do 11, bo ktoś przez schroniskowy telefon dał nam nadzieję, że się poprawi. Nic.
Wychodzimy. Po omacku dochodzimy do stromego stoku wciścniętego między skały a złowrogie seraki. Ekipa decyduje się schodzić na butach, ja pozostaję w nartach.
Naraz przychodzi nam przeciąć strome pole śnieżne. "Pojedź pierwszy, rozprzężysz śnieg" mówi Jędrek "a na nartach i tak masz największe szanse". Udało się. Ale w życiu bym tego nie przeciął na butach. Reszta jednak twardo to robi.
Pozostaje nam pokonanie ostatniej przełęczy, zanim otworzy się przed nami długi zjazd do doliny.
Na przełęczy
Piotrek częstuje zziębniętą, ale wciąż zachowującą bojową postawę,
Corine ostatnią tubką żelu energetycznego. "Oh, my new Friend!!"
Historia Szwajcarki też jest ciekawa. Cała wyprawa naszych nowych
współpodróżnych wzięła się własnie od niej. Zapragnęła ona dostać się
do lokalnego klubu skiturowego, który w swej całej szowinistycznej
historii nie dopuścił żadnej kobiety do członkowstwa. Chciała
udowodnić, że jest gotowa na wiele. Więc ruszyli na jednodniową turę
wokół lodowca Argentiere. Miało być słonecznie, przyjemnie i
bezpiecznie. Zakończyło się na ciężkiej dwudniowej przeprawie. Gdzie
drugi dzień to ciągłe kroczenie na granicy.
"Pokonała więcej, niż niejeden członek naszego klubu dałby radę" powiedział na zakończenie ichni przewodnik.
Przełęcz. Przed nami kilkukilometrowy zjazd, na który cały wczorajszy
dzień sobie tłumaczyłem, że dla takich zjazdów właśnie taszczę ciężkie
narty.
Sęk w tym, że nic nie widać i puchu tyle, że nawet ja się zapadam, nie
mówiąc o moich towarzyszach zakopujących całkiem w śniegu.
Po pięciu godzinach od wyjścia ze schroniska, gdzie był właściwie tylko
zjazd, docieramy do osady Champex. "W wielu miejscach myślałem, że to
już koniec" stwierdza Jędrek. "To że nic się nie zerwało, to jakiś cud."
"Oni by sobie bez nas nie poradzili" stwierdza Piotrek. "Większość drogi torowaliśmy, a kto u nich miałby to robić?"
Szwajcarzy zdają sobie z tego doskonale sprawę i zapraszają nas na przepastny obiad.
Po rozstaniu przychodzi czas na przetransportowanie się z Champex do
Bourg St Pierre. Jest to jedyny odcinek Haute Route, który trzeba
pokonać pojazdem. Istnieje też wariant, który obchodzi ten odcinek.
Wiedzie przez lodowiec Selena - ten właśnie, na którym wczoraj zginął
skiturowiec.
Do Bourg St Pierre dostajemy się
stopem z milczącym ojcem, który wyjechał po syna na pociąg. Podwozi on nas wprost do
noclegowni. Która dosłownie ma taką nazwę, oferuje takie warunki, a kosztuje tyle, co 4 gwiazdki w Zakopanem.
Po zdjęciu stwardniałych z dwóch dni skarpetek udajemy się na kolację. Właściciel knajpy przez cały wieczór stara nam się wybić pomysł kontynuowania tury. Ale nie przyjechaliśmy tu po to, żeby od razu się poddawać! Tym bardziej, że z wielu sprzecznych prognoz niektóre dawały cień szansy na poprawę pogody.
Przy śniadaniu właścicielka kładzie mi przed nosem gazetę z prognozą lawinową. Trójka wzrastająca. "Przy czwórce od razu bym zrezygnował" mówi Jędrek. Jednak pogoda z rana idealna - prawie czyste niebo. Tylko na horyzoncie widać niepokojące znaki tego co ma nadejść.
Ruszamy. Dziś najdłuższe i najcięższe podejście. Z Bourg St Pierre - 1600m, na 3030m, gdzie zawieszone jest schronisko Valsorey. Większość trasy wiedzie
wzdłuż ciągnącej się doliny spokojnie wznosząc nas o 1000m. Od wyjścia obserwujemy, jak niebo najpierw szarzeje a następnie giną w nim coraz to niższe szczyty. Dochodzimy na 2600m npm. Nie widać już praktycznie nic. Przed nami ostatnie 450m przewyższenia. Ostra ściana, na szczycie której czeka na nas puste schronisko - bo to też nie zostało jeszcze otwarte na sezon. Budynku jednak nie widać. Nie wiadomo, w którą stronę iść.
"Przed ostatecznym podjęciem decyzji zróbmy jeszcze test lawinowy" mówi Jędrek.
Chłopaki kopią metrową dziurę, ponad nią wbijają sondę, by przewiniętym ponad nią sznurem odciąć blok.
"Teraz trzeba stanąć w jednej trzeciej wysokości bloku" mówi nasz niezwykle doświadczony przewodnik. "Jak pojedzie, jest bardzo źle". Blok nie jedzie. A więc Jędrek lekko na nim podskakuje. I w tym momencie odłamuje się kawał bloku. "Tu nie jest jeszcze tak nachylony stok. Tam wyżej wygląda to o wiele groźniej" stwierdza pokazując miejsce, gdzie widać niedawną lawinę. Nie pozostaje nam nic, jak pogodzić się z niepowodzeniem, zawrócić
i rozwiać marzenia o przejściu najważniejszej drogi skiturowej w tym roku.
Gdyby nam się udało, otworzylibyśmy naszym przejściem sezon 2009. Każdego dnia torując drogę i kończąc w pustym, zimnym i zamkniętym schronisku.
Ale nawet tych parę dni dało nam spore doświadczenie na przyszłe wyprawy.
Zobacz aktualności powiązane z tym tematem:
* Kolosy 2008* Otwarcie 2009
* Cactus-2-clouds - czyli 3302m z pustyni w stronę nieba
* Minkebe Expedition - śladami słoni
* Koperszady i Jagnięcy Szczyt
* 3 do entej Race
* Gerlachowski Szczyt i Rysy
swietny wypad pozdr z wielkopolski
prosze powiedzcie mi jak sie zwie nutka z 2 minuty
no piękna sprawa. czekam na premierę filmu z niecierpliwością ;p Into The White był super. ten...
rewelka, po obejrzeniu tak się napaliłem na freeride szkoda że nie mieszkam w górach :( co do soundtracku...
http://www.pawelpalichleb.pl





























