Żleb Karczmarza
Długi na przeszło 800 metrów, z pionową różnicą wysokości wynoszącą metrów 520, ze średnim nachyleniem 45 stopni, a w najstromszych miejscach osiągając nachylenie stopni sześćdzięsięciu pięciu, żleb Karczmarza jest najpotężniejszym tatrzańskim kuluarem. Droga na jego szczyt wiedzie z doliny Wielickiej, wejście w żleb zaczyna się ponad Długim Stawem Wielickim. Zwieńczeniem Karczmarza jest Lawiniasta Przełączka, położona na wysokości 2580 metrów. Nazwę miejsce to zawdzięcza osuwiskom kamieni, które wytapiane przez słońce z utrzymującego się w Karczmarzu przez cały rok śniegu, spadają lawinami w dół, stwarzając podstawowe niebezpieczeństwo dla przebywających w żlebie śmiałków. Nazwa samego żlebu pochodzi być może od spiskiego karczmarza, który tu, w dolinie Wielickiej, polował na kozice.
1 maja o godzinie 7.20 rano, u stóp żlebu Karczmarza stanęła ekipa hiverMAGA (Michał Bolo Trzebunia, Michał Misior Ślusarczyk oraz ja wraz z moim Tatą, Bogdanem). Celem naszym był zjazd na nartach żlebem, który z uwagi na swą wielkość i skały dookoła, może być wzięty za formację o iście alpejskim charakterze. Karczmarz, co już jest powiedziane, opada do doliny Wielickiej, w Tatrach słowackich. Tym samym wchodząc żlebem do góry, pniemy się wschodnimi zboczami najwyższego tatrzańskiego szczytu, Gerlacha, którego wysokość ocenia się na 2655 metrów n.p.m. Gdy rozwijało się taternictwo, a szczytów zdobytych w Tatrach było dużo mniej niż tych, na których wciąż człowiek nie stanął, Gerlach był celem samym w sobie. Do 1837 roku w Tatrach za najwyższy uważano szczyt Łomnicki lub Krywań, ale geodeta-amator Ludwig Greiner tego samego roku, w ciepły dzień 10 sierpnia, odkrył swoim pomiarem, że to właśnie Gerlach jest najpotężniejszy. Pierwsze wejście na Króla Tatr (miano Królowej należy do Łomnicy) z 1834 roku, którego przez długi czas nie brano pod uwagę w historii masywu Gerlacha, należy do kłusowników, polujących na kozice. Na czele ich bandy stał Johann Still, nauczyciel z Nowej Leśnej. Z uwagi na nieetyczną profesję pierwszych zdobywców w przewodnikach za pierwsze wejście uznawano wtedy atak z 1855 roku autorstwa ks. Wojciecha Grzegorzka i Zygmunta Bośniackiego. Masyw Gerlacha od stron wschodniej i zachodniej opada wielkimi ścianami. Są one poprzecinane kilkoma znaczącymi żlebami: Batyżowieckim, Walowym, Darmstadtera. Nazwy ich pochodzą kolejno od: doliny Batyżowieckiej, do której Batyżowiecki schodzi, następnie od postaci Jędrzeja Wali mł. (który tędy założył w 1895 roku, do spółki z Januszem Chmielowskim, drogę na Zadni Gerlach przez przełęcz Tetmajera) i wreszcie żleb Darmstadtera Ludwiga spadający z przełęczy Tetmajera do doliny Wielkickiej. Ale to właśnie Karczmarz wywiera największe wrażenie.
Pierwszego przejścia żlebu Karczmarza dokonał zespół międzynarodowy w składzie: wyżej wymieniony Ludwig Darmstadter, August Otto, Hans Stabeler (przewodnik alpejski). Było to w roku 1899. Stanęli oni przed trudnością sporą w ówczesnych czasach czyli przed kuluarem stromym, w którym umiejętność poruszania się w terenie lodowo-śnieżnym była na wagę złota. Rok wcześniej podjęto pierwszą próbę przejścia Karczmarza, ale wyprawa spiskich przewodników skończyła się tragedią: spadając po lodzie zginął Johann Mahler. Wejście na Gerlach przez żleb Karczmarza, którego dokonał Darmstadter było jednak lepiej przygotowane, a w głównej mierze do sukcesu ostatecznego przyczynił się Hans Stabeler, który używając swojego alpejskiego doświadczenia prowadził pozostałych członków tatrzańskiej wyrypy, kując stopnie w śniegu i lodzie. W 1902 roku powtórzono przejście Karczmarza. A było to zimą co i trudność ze sobą większą niesie. Zespół, który tworzyli przewodnicy Johann Franz st. i J. Hunsdorfer mł. oraz Paul Habel, Ludwig Noack, Karl Scholtz dotarł do lawiniastej przełączki, ale z uwagi na warunki nie podjął ataku szczytowego.
Założeniem naszej wycieczki było od początku wejście tylko na Lawiniastą Przełączkę i nawet gdyby po drodze przyszło nam do głowy udać się na odległy kilkadziesiąt minut stamtąd szczyt Gerlacha nie byłoby to wykonalne w ramach granic rozsądku z uwagi na bardzo silny wiatr jaki pędził żlebem pod górę i przewalał się z potężną siłą przez grań. Należy też w tym miejscu wspomnieć, że nasze wejście Karczmarzem nie należało do najtrudniejszych gdyż zima tego roku pozostawiła w górach, a szczególnie w żlebach wielkie ilości śniegu. Ułatwiło to podejście z uwagi na łatwość rzeźbienia stopni, a zjazd nie należał do najniebezpieczniejszych dzięki szerokości trasy jaką mieliśmy pod sobą.
Dwie rzeczy o jakich czytaliśmy przed wyjazdem w Tatry znalazło swoje potwierdzenie podczas wejścia żlebem Karczmarza. Po pierwsze kilka razy mijały nas kamienie, nie duże, ale spadające niebezpiecznie w naszym kierunku, po drugie czas wejścia na Lawiniastą Przełączkę ze Śląskiego Domu w dolinie Wielickiej był zbliżony do czasów wszystkich historycznych wypraw. Po 90 minutach byliśmy pod żlebem, po następnej godzinie i czterdziestu pięciu minutach staliśmy na szczycie żlebu. U góry, za granią schowani przed silnym wiatrem, strzelającym kłującymi pociskami lodowych drobinek siedzieliśmy około 40 minut obserwując słowackie równiny pomiędzy Tatrami Wysokimi i Niskimi. U stóp naszych otwierał się potężny Gerlachowski Kocioł, który z dołu samego przypominać może wygodny tron. Najwyższe szczyty Tatr kryły się w przeganianych wiatrem chmurach, ale od czasu do czasu można było dojrzeć wierzchołki Staroleśnej, Sławkowskiego, Łomnicy czy Lodowego.
W sposób naturalny dotarło do nas, że zbliża się czas zjazdu. Po energetycznym posiłku składającym się z Red Bulla, jogurtowych ciastek ze śliwkami lub żurawiną oraz czekolady zapięliśmy narty i stanęliśmy na krawędzi żlebu. Pierwszy odcinek niósł ze sobą najwięcej trudności. Było przed nami 30 metrów zsuwania się bokiem po twardym, nierównym, przewianym śniegu przechodzącym miejscami w zlodowaciałą skorupę. Narty mieściły się na szerokość żlebu, ale nie zawsze dało się stać na całej długości krawędzi. Dopiero poniżej można było wykonać pierwszy obskok na drugą nogę. Potem było już przyjemnie co nie znaczy, że bezproblemowo. Do użytku mieliśmy coraz to szersze odcinki żlebu, ze stale zmieniającym się śniegiem. Jego bardziej południowa wystawa pokryta była śniegiem już względnie miękkim. Schowana w cieniu skał druga strona była natomiast wciąż twarda, nierówna z uwagi na stworzone przez wiatr fale. Na jednym, 100 metrowym odcinku śnieg był wręcz wyborny z uwagi na jego lekkość i sypkość, tak rzadko spotykane o tej porze roku. Zbliżaliśmy się wtedy do progu skalnego, który był tym razem przysypany śniegiem niemal całkowicie. To miejsce, poza samą górą, jest nastromszym fragmentem Karczmarza. Ozdobione lodospadami, opadające z obu stron ściany, tworzą tu ze żlebu kanion. Dalej żleb staje się szeroki, skręcanie w nim nie niesie już ze sobą większych niebezpieczeństw. Po zjechaniu na sam dół, niemal na przeciwstok, należy odwrócić wzrok w stronę żlebu by dopiero w tym momencie zobaczyć ogrom Karczmarza. 800 metrów długości, ponad 500 metrów przewyższenia, zmienne warunki śniegowe w żlebie. Wszystko to jest za nami. Trzeba jednak powtórzyć ten zjazd w oparciu o atak szczytowy. Myślę, że dokonamy tego w przyszłym roku. Teraz pozostaje zachęcić wszystkich do skorzystania z niebywałej okazji jaką stworzyła dla nas tegoroczna zima. W Tatrach śniegu jest tak wiele, że grzechem jest myślenie już o końcu zimy. Trzeba się brać w góry.
Komentarze
Dodaj swój komentarz
swietny wypad pozdr z wielkopolski
prosze powiedzcie mi jak sie zwie nutka z 2 minuty
no piękna sprawa. czekam na premierę filmu z niecierpliwością ;p Into The White był super. ten...
rewelka, po obejrzeniu tak się napaliłem na freeride szkoda że nie mieszkam w górach :( co do soundtracku...
http://www.pawelpalichleb.pl














